Rumunia - na tropie Drakuli

W Rumunii są jedne z najpiękniejszych gór w Europie, dzikie, zielone, stosunkowo bezludne.

Rumunia, Tansylwania - Zamek w Hunedoarze
fot. Cristina Trif/shutterstock.com

W Rumunii tropiliśmy najsłynniejszego wampira wszechczasów. Przygotowani, z krzyżami na szyjach, kołkami w rękach, wodą święconą w manierkach i czosnkowym oddechem. Tudzież lampą błyskową w aparacie, imitującą równie zabójcze dla wampira jak powyższe artefakty światło słoneczne.

Drakula - kim był? Drakula, czyli Syn Smoka - znakiem czego jego tatuś też był niczego sobie gadem. Hospodar Wołoski, książę Vlad Drakula natomiast zwany był Tepes’em - czyli Palownikiem. To za jego kadencji (1431 - 1476) Turcy naprawdę obawiali się atakować słabszych liczebnie Rumunów - właśnie z powodu legendarnego już okrucieństwa Vlada Palownika (przydomek był wiele mówiący i sprawiał, że człowiek dobrze się zastanawiał, zanim zapukał do drzwi). A potem była powieść Brama Stokera i zaczął się boom na wampiry tudzież Transylwanię jako ich ojczyznę.

Nasz szlak przeciął się w roku 1999 (nie odwracajcie proszę trzech ostatnich liczb tej daty…), w sierpniu, w czas zaćmienia słońca. Realizm magiczny wkradał się z każdej strony. Domy z krzyżami na szczytach dachów, Fagarasza - najwyższe pasmo Karpat Południowych - tamże na najwyższym szczycie (Moldoveanu 2544 m npm) widzieliśmy w czasie burzy słynne wśród górzystów Widmo Brockenu i samo zaćmienie, obserwowane z rzeki Arges w miejscowości Curtea de Arges. Realizm magiczny objawiał się też w gościnności miejscowej ludności - w wypitej wspólnie cujce (bimber ze śliwek, po drugiej stronie Karpat zwany palinką) i wiszinacie (bimber z wiśni, niebo w gębie), rozmowach i ich pomocy (przy tej okazji pozdrawiam piękną Alinę z Curtea, Dzięki za wszystko Alina!). Drakula jednak nie spał… Krążył dookoła.

Jego miejsca to Bran, słynny średniowieczny zamek, pełen krużganków i wież. Dalej Sigisoara, czyli Siedmiogród, ze wspaniałym starym miastem - Perłą Transylwanii (w dodatku ciągle zamieszkaną!). I jeszcze Braszow, na którego rynku możny Vlad kazał wychłostać kupców za bezczelność. Księdza kazał nabić na pal razem z jego osiołkiem. Innego człeka, który narzekał na smród rozkładających się ciał, nawlekł na pal dwa razy wyższy. Ludzki pan…

W Rumunii są moim zdaniem jedne z najpiękniejszych gór w Europie. Dzikie, zielone, stosunkowo bezludne. Tam krążyły wokół nas sny o Drakuli…


Wędrowali przez bezludne góry Transylwanii już trzeci dzień, nie napotykając żadnych oznak cywilizacji. Byli spragnieni świeżego chleba, owoców, warzyw. Spragnieni czegokolwiek świeżego. Byli zmęczeni, dlatego widok staruszka z garnkiem nad ogniskiem wydał im się z początku omamem, czymś w rodzaju rumuńskiej fata - morgany, która zniknie, gdy podejdą bliżej. Bardzo się zdziwili, gdy staruszek nie zniknął, a jeszcze bardziej zdziwili się, gdy okazało się, że mówi on po angielsku. Co prawda z twardym akcentem, ale za to bardzo wyraźnie. Z garnka wydobywał się smakowity zapach. Staruszek musiał zauważyć tęskne miny i znaczące gesty wygłodniałych wędrowców, gdyż zaproponował:

- Chcecie zjeść ze mną kolację?

Starali się jak najuprzejmiej nie odmówić:

- Jeśli byłby pan tak uprzejmy zaprosić nas, to z przyjemnością skorzystamy - mowa turystów aż lepiła się od cukru rozpuszczonego w miodzie i polanego czekoladą. Obcy uśmiechnął się nie pokazując zębów:

- Będziecie ozdobą mojego posiłku, siadajcie.

Nad górami zachodziło słońce, barwiąc wszystko na czerwono. Czerwona była polewka, czerwone usta nalewającego ją, czerwone twarze głodomorów ją pałaszujących. Tylko odsłonięte na chwilę w przebłysku skrytego zadowolenia zęby dziwnego kucharza były białe. Wyglądały na bardzo zdrowe. I nienaturalnie długie.


- Chcemy posłuchać opowieści o wampirach - poprosił Łukasz napotkanego pasterza, gdy ku zdziwieniu okazało się, że ten posługuje się całkiem dobrze językiem angielskim.

- Chcemy posłuchać takich prawdziwych ludowych gadek - dodał Grzesiek, siadając obok pasterza i częstując go kromką chleba z miodem. Odmówił kiwnięciem dłoni.

- A więc chcecie posłuchać o wampirach, tutaj, w Fagaraszy, w Transylwanii, w krainie nieśmiertelnych? - ten wstęp zapowiadał talent krasomówczy Rumuna. Rozsiedli się wygodniej na karimatach, sącząc herbatę i pogryzając resztkę chleba z miodem.

- Na pewno tego chcecie? - kontynuował czaban - To może być niebezpieczne.

- Chyba nie jest pan przesądny - zaśmiał się Artur - Przecież wiadomo, że wampirów nie ma.

Mężczyzna spojrzał przeciągle na uśmiechniętego Artura.

- Oczywiście, że ich nie ma, więc po co chcecie słuchać bajek?

- Dla klimatu - nalegał Łukasz. Właśnie nadchodziła burza, co stanowiło dodatkową atrakcję i niepowtarzalną oprawę dla strasznych opowieści.

- A więc dobrze - zdecydował czaban z chropawym akcentem - Jak wiecie, wampiry boją się tylko kilku rzeczy...

W tym momencie zadudnił grzmot, a Gośka przeżegnała się odruchowo. Na chwilę przestali zwracać uwagę na staruszka. Gdy odwrócili się, jego już nie było.

- Rozpłynął się?! - rzucił nerwowo Grzesiek. Wszyscy byli mocno wystraszeni.

- Wiecie co, a może to był... - głos Gośki drżał.

- Coś ty, przecież one nie istnieją - stwierdził niepewnie Artur. Burza przechodziła, więc położyli się spać. Wiatr przewiał chmury. Na tle księżyca w pełni unosił się ogromny czarny nietoperz. Obserwował szpilki od namiotów i zastanawiał się, czy są srebrne, czy drewniane.


Ten pasterz był wyjątkowy. Nie śmierdział czosnkiem, był blady i w dodatku mówił po angielsku. Ewenement. Cóż za gratka dla polskich turystów eksplorujących najwyższe pasmo górskie w Transylwanii - Fagaraszę.

- Niech pan opowie o życiu tutaj - prosiła Gośka - O życiu, o ludziach, no wie pan.

Mężczyzna uśmiechnął się zagadkowo, co wyglądało trochę komicznie przy wąskich czerwonych wargach i nie odsłoniętych zębach.

- O życiu - powtórzył - O ludziach, a cóż to jest w porównaniu do wieczności.

- Prosimy - nalegał Łukasz - To jedyna okazja dla nas, nikt z pana... - szukał przez chwilę właściwego słowa - przyjaciół nie mówi po angielsku.

- Przyjaciół? - zadumał się pasterz - To nie są moi przyjaciele. Oni się mnie boją.

- Pana? - zdziwił się Artur - Niby dlaczego?

- Bo oni nie rozumieją wieczności - dziwny pasterz miał wyraźnie poetyckie skłonności. Ale oni chcieli posłuchać o życiu, a nie górnolotnych napompowanych mówek. Chyba to wyczuł:

- A wy nie chcielibyście zrozumieć wieczności?

Zdecydowali się iść dalej. Blady czaban miał tak samo brudne paznokcie, jak inni pasterze, a może nawet dłuższe. Wcale nie był taki wyjątkowy. W dodatku przynudzał. Pożegnali się grzecznie, usprawiedliwiając się koniecznością znalezienia wody na kolację.

- Tak, woda jest jak krew - uśmiechnął się smutno czaban - płynie i wszyscy jej potrzebujemy. Zwłaszcza ja, tu w górach, samotny jak wilk.

Trochę ich wzruszył.

- Niech pan weźmie trochę mleka, sera i przyjdzie do nas na kolację. Mamy makaron z sosem przyprawiony czosnkiem granulowanym - początkowo sprawiał wrażenie niebywale ucieszonego z zaproszenia, ale na wzmiankę o czosnku wzdrygnął się z obrzydzeniem:

- Nienawidzę czosnku, czosnek to zdrajca - pachnie w potrawie a śmierdzi w ustach.

No to do widzenia - powiedział Grzesiek i skinął na resztę. Poszli. Samotny pasterz wpatrywał się w dal. Zobaczył srebrny odblask rzeki i czym prędzej odwrócił wzrok.


Autorem tekstu jest: Grzegorz Żak

Tagi: góry Rumunia Karpaty Południowe Fagarasza Moldoveanu Transylwania

Data publikacji: 2007-12-04 | Liczba wyświetleń: 6227