Turcja Araratu zdobycie

Ararat czyli po turecku Agri Dagi wyglądał niesamowicie - kolos, Kilimandżaro górujące nad Wyżyną Armeńską 5165 m n.p.m

Do Dogubayazit przybyliśmy, Agnieszka i ja, wieczorem. Ararat, czyli po turecku Agri Dagi (wymawiane jak Ari Dagi), wyglądał niesamowicie - kolos, Kilimandżaro górujące nad Wyżyną Armeńską 5165 m n.p.m. Zaprawdę góra godna wzmianki w Biblii. Przespaliśmy się w ciężarówce zaprzyjaźnionych kierowców.

Właściwie to idea wejścia na Ararat upadła, kiedy z udziału w wyprawie wykruszył się Artur (praca w Anglii czyni podobno wolnym). Pojechaliśmy do Turcji we dwójkę. Zwiedziliśmy Kapadocję, weszliśmy na wulkan Erciyes Dagi (3913 m n.p.m.) i postanowiliśmy sprawdzić, jak jeździ się po Turcji stopem (kierunek Morze Czarne i góry Kackar Daglari). Okazało się, że idea autostopu była ze wszech miar słuszna - mogliśmy jechać do Turkmenistanu. Tir jechał przez Dogubayazit. Znak od Noego? Decyzja zapadła szybko.

Na miejscu obiło się nam o uszy, że istnieje coś w rodzaju Federacji Araratu, że można tam pójść i zasięgnąć języka. Powiem szczerze - nie chciało nam się. Z kilku powodów, z których najbardziej prozaicznym był taki, że centrum Dogubayazit było oddalone o mniej więcej 25 minut marszu w kurzu i upale. Poza tym baliśmy się, że wejście może być zabronione - tak mówiły przewodniki i tak głosiła fama, zasłyszana jeszcze w Polsce ("Najwyżej nas cofną..."). Inną opcją - dość prawdopodobną, była konieczność wykupienia permitu za grubszą sumę, a dla nas prawie każda suma była grubszą. Ararat błyszczał. Byliśmy za blisko, żeby chociaż nie spróbować. Postanowiliśmy, bardzo po polsku, pójść do góry. "A potem się zobaczy".

Ararat czyli Agri Dagi wyrasta nad położonym na ok. 1500 m n.p.m. pustynnym płaskowyżem. Drzewa to bardzo rzadki widok. Wokół góry mieszkają w zasadzie tylko Kurdowie, w kamienno - ziemnych lepiankach, nierzadko wyposażonych w anteny satelitarne. To bliżej cywilizacji. Bliżej gór wyposażenie chat i namiotów ulega wyraźnej pauperyzacji. A my, idący z plecakami, jesteśmy obiektami ogólnego zainteresowania. Wszyscy na nas patrzą. Nie - gapią się. Dzieci biegną za nami i krzyczą "hallo !". Pokazują, że chcą pieniądze. Potrafią tak długo. Doprawdy, spodziewałem się, że bywa tu więcej turystów, tymczasem czujemy się jak pierwsi biali w sercu Afryki. Egzotyka pełną gębą. Kurdowie są przyjaźni, ale gdy czereda dzieci idzie za nami przez pół godziny i wrzeszczy "hallo", to cierpliwość jest wystawiona na poważną próbę. W końcu mijamy ostatnią wioskę u podnóża. Jest godzina jedenasta, idziemy do góry.

Idziemy to mocno powiedziane. Wleczemy się noga za nogą. Temperatura na oko 36 stopni w cieniu. Szkoda tylko, że nie ma cienia. Agnieszka ma kryzys. Ale szczęście nam sprzyja - przyuważa nas wysoki, szczupły Kurd ze strzelbą i osiołkiem. Rozmowa na migi. "Ładujcie plecaki na osła". "A za ile?". "Za darmo". Gloria! Zapewne znacie to uczucie, kiedy zdejmujecie plecak z grzbietu? Pan myśliwy, jak go nazywamy, jest sympatyczny. Co prawda na migi nie możemy wyciągnąć od niego zbyt dużo informacji, ale pokazuje nam na przykład, jak się je osty (coś jak ogórek, nic dziwnego, że kłapouchom smakuje). Pokazuje też, jak się zabrać za inne roślinki. To mi nauka! Ararat aż pachnie od ziół, których na postoju dosypujemy sobie do herbaty. Biedny osiołek wtaszczył nasz bagaż na mniej więcej 3,5 tysiąca metrów. Obdarowujemy jego właściciela jakimiś drobnostkami i idziemy dalej. Ok. piętnastej zaczyna się, jak się później okazało, codzienna burza z gradobiciem. Czekamy pod skałką. Po burzy powietrze się oczyszcza, a w nas wstępują nowe siły - wręcz biegniemy na górę. Po drodze pasterze z owcami, krowami, kurdyjskie namioty. Niektórzy mówią coś o czaharze - obozowisku bazie. Wyobraźnia pracuje - pewnie jest tam co najmniej kilka namiotów, Czesi, może Polacy. Wieczorem rezygnujemy z dalszego szukania czahara. Wysokość ok. 4 tysiące metrów. Zakładamy własny biwak.

O piątej rano ruszam samotnie na szczyt. Agnieszka stwierdziła, że i tak wysoko zaszła, a poza tym "to męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać" (przepraszam wojujące feministki). O piątej rano jest cicho. Mam plan dostać się na północną grań - z wyglądu najłatwiejszą. Ararat jest ogromny. Zanim dochodzę do grani, przeskakuję przez kilka dolin, żadnych ścieżek, luźne kamienie, żwir, trochę śniegu. W jednej z dolinek płoszę niedźwiedzia. On płoszy mnie jeszcze bardziej, przynajmniej moje tempo wzrasta. Trawersuję niewielki lodowiec, w końcu jestem na grani. Śnieg przyjemny, twardy, zakładam raki i pcham się w górę. Powoli, bo wysokość daje znać o sobie i zapiera dech w piersiach. Wolałbym iść szybciej, bo chmurki płyną z dołu i już słychać delikatne grzmoty. Nie jest najprzyjemniej - myślę, co by się stało, gdyby się coś stało (że tak powiem). Samotne wejście nie jest może zbyt rozsądne, ale magia biblijnej góry i "wertykalny pęd" zwycięża. Teraz trzeba się skupić. Kwadrans po dziesiątej jestem na szczycie - dość rozległym śnieżnym plateau. Trochę podobnym do Mont Blanc, z tym, że Mont Blanc jest zadeptany, a tu widzę tylko własne ślady. Nie kontempluję widoków, bo się zachmurzyło. Idzie burza, biegnę w dół. Po śniegu szybko, potem, po luźnych kamieniach, opornie. Robi się cieplej, wszystko topnieje, a kamienie zsuwają się po zboczach. Byle do namiotu! Gdzieś w zakamarkach myśli krąży mi nazwa czahar. I nagle widzę coś na zboczu - jakby białą chatę. Jak czaszkę. Czahar. Idę tam, oczywiście nic tam nie ma - wrodzona wyobraźnia przyprawiona chorobą wysokościową.

Czahar znajduję kawałek dalej. Prawdopodobnie. Widać miejsca, jakby dla namiotów, może dla trzech. Nie wygląda, żeby ostatnio tu ktoś biwakował. Nieopodal tego miejsca widziałem rano niedźwiedzia. Zastanawiam się, czysto hipotetycznie, czy aby na mnie nie czeka. To nie sprzyja rozluźnieniu. W końcu, po czternastej, jest nasz namiot, wokół niego stado owiec. Agnieszka mówi, że najgorsze są psy. Faktycznie - wpółdzikie bestie typu chudy owczarek kaukaski. No ale cóż, jakoś trzeba sobie radzić. Gotujemy obiad, potem kąpiel w potoku, potem wielka ochota na drzemkę. Niestety, to się nie uda. Po pierwsze - burza, po drugie - ktoś przyszedł. Kurd - próbuje nam coś wytłumaczyć, chyba coś się stało. Ktoś zaginął? Ktoś najprawdopodobniej spadł. Turek z Izmiru. Ten Kurd to chyba tutejszy goprowiec. Na wyposażeniu strzelba i osiołek, na sobie pulower. Tylko buty w miarę niezłe. Nie wiemy, co robić, jak pomóc. Zresztą nie możemy się dogadać. Próbuję wytłumaczyć, że nikogo nie widziałem po drodze. Kurd rusza do góry. Po jakimś czasie wraca, znów rusza do góry. Cóż możemy zrobić?

Zwijamy się - dziś chcemy spać co najmniej tysiąc metrów niżej. Po drodze odganiamy się od pasterskich psów. Ciągły stres. W końcu rozbijamy namiot. Chcemy się odprężyć - ale to nie tutaj, góry w Turcji nie kojarzą nam się z ciszą i spokojem. Przychodzą pasterze, chcą coś wytłumaczyć, ostrzec nas. "Kepek" - czyli psy, to rozumiemy, w razie czego kijem w łeb. Ale oni mówią coś w wojsku, o bombardowaniach. Ararat nie jest świętą górą - zapewne Turcy niejednokrotnie atakowali zbrojnie kurdyjskie sadyby na jej zboczach. Zapewne dlatego wejście na górę nie jest dozwolone. Myślimy o Kurdach - największym na świecie narodzie bez ojczyzny. Myślimy o Turkach - tak przecież przyjaznych i gościnnych ludziach. Myślimy o polityce w jak najbardziej niepochlebny sposób - jakąż siłę ma propaganda ! Podobno jeszcze do niedawna w Turcji słowo Kurd było zakazane. Podobno nawet dziś kurdyjskie dzieci mają zagwarantowane tylko dwa lata podstawowej edukacji - chyba, że zrzekną się swojej tożsamości narodowej, wtedy, jako Turcy, mogą się kształcić do woli. A Turcja należy przecież do NATO, które rozwiązywało problemy etniczne w byłej Jugosławii. Cholerny świat. A przecież taki piękny. Jest wieczór, a my czujemy się niepewnie - a jeśli rzeczywiście coś się przydarzy? Nie mamy ochoty już schodzić, zmęczenie fizyczne bierze górę nad psychicznym. Na koniec przechodzi jeszcze znajomy goprowiec i pokazuje, że zwiózł rzeczy zaginionego Turka. Ogólnie niewesoło. Nas też namawia do zejścia w dolinę. Jutro.

Wstajemy o czwartej rano - to skutek opowieści o strzelaniu i bombardowaniu. Odkrywamy, że Ararat jest pokryty siecią pasterskich ścieżek i w zasadzie obojętnie którą iść, byle w dół. O dziewiątej jesteśmy w czajhanie w Dogubayazit, pijemy herbatę i jemy śniadanie. Teoretycznie powinniśmy czuć już psychiczny komfort, jednak pozostało pewne uczucie niepokoju, podobne do tego, jakie czuje się na szczycie wysokiej góry przed burzą. Po prostu trzeba uciekać. Zdobyciem Araratu będziemy delektować się później. "Góra na waleta" - można to tak nazwać. Weszliśmy nie pytając. Nie mam wyrzutów sumienia, myślę, że władze tureckie powinny udostępnić górę dla turystów, a przede wszystkim rozwiązać problem kurdyjski. Najprawdopodobniej jednak góra jest ciągle zamknięta, możliwe, iż trzeba kupić permit. Nie wiem. Napotkany Czech mówił, że wszedł na szczyt od strony armeńskiej. No cóż - atmosfera na Araracie nie sprzyja być może wypoczynkowi w ogólnym tego słowa znaczeniu, ale za to można przeżyć naprawdę wielką przygodę. My przeżyliśmy.


Autorem tekstu jest: Grzegorz Żak

Tagi: Morze Czarne Turcja choroba wysokościowa Ararat Wyżyna Armeńska wulkan Erciyes Dagi góry Kackar Daglari czahar

Data publikacji: 2007-11-05 | Liczba wyświetleń: 4785