Widmo Brockenu wyprawa na Matterhorn

Miesiąc po Fagaraszy postanowiłem zrealizować marzenie i pojechać na Matterhorn, czyli szósty pod względem wysokości samodzielny szczyt alpejski.

Matterhorn
fot. MKworldphoto/shutterstock.com

Mój - a właściwie powinienem powiedzieć: nasz - pierwszy raz miał miejsce w Rumunii. 1999, rok całkowitego zaćmienia słońca. Karpaty Południowe, Fagarasza, najwyższy szczyt w paśmie i w kraju: Moldoveanu, 2544 m npm. Pięknie zaiste, cieszyliśmy się jak dzieci. Całą grupą, bo było nas czworo, machaliśmy samym sobie obserwując swoje odbicia na chmurach poniżej. Każdy wpatrywał się we własny potężny cień na przepływających poniżej chmurach. Cień otoczony podwójnym świetlnym kręgiem, tęczową aureolą, powtarzał każdy ruch. No po prostu bosko - mistycznie, niewątpliwie magicznie. Poezja sama wpływała na języki.

Potem zagrzmiało. A mi przypomniała się nazwa tego zjawiska. Widmo Brockenu. Przypomniał mi się też przesąd zeń związany. Może nie powinienem o nim wspominać akurat na najwyższym szczycie, stojąc w czasie burzy obok metalowego słupka z rumuńską flagą? Cóż, tak jakoś wyszło, że wspomniałem. Może tym sposobem chciałem zachęcić do szybszego schodzenia?

Przesąd mówi, że kto widzi Widmo Brockenu, umrze w górach. I to niebawem. Bohaterowie Sienkiewicza w takich przypadkach spluwali za siebie mrucząc "sen mara, Bóg wiara". Prawda, przesąd jest tylko przesądem. Ale w głowie zalęga się dziwna myśl.

Znajomość przesądu zmieniła nasze postrzeganie Widma na Moldoveanu. To już nie było miłe dla oka zjawisko fizyczne. Zwłaszcza, że nadchodziła burza. Świadomość faktu kulturowego wsparta w całej swojej niesamowitości serią wyładowań atmosferycznych przyspieszyła zejście. Tfu, słowa słowami, a treść treścią. Nie - nie "zejście" w TYM sensie. Po prostu uciekliśmy w dolinę. Czym prędzej zresztą.

Osobiście i pokrótce, bez zagłębiania się w światopoglądowe szczegóły: jestem sceptykiem, agnostycznym niedowiarkiem i staram się twardo stąpać po Ziemi jako planecie. Często dla bezpieczeństwa i wygody w rakach. Rzecz w tym, że Widmo robi wrażenie. Sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać nad sensem tak zwanych "znaków". A przecież Widmo Brockenu, mamidło górskie, czy też, jak mówią niektórzy "demon w chmurach" to tylko, według definicji: rzadkie zjawisko optyczne spotykane w górach. Obserwowane jest najczęściej w wyższych górach w warunkach, gdy obserwator znajduje się na linii pomiędzy Słońcem a chmurą, która położona poniżej obserwatora odgrywa rolę ekranu. Zjawisko obserwowane w górach daje ponadto efekt pozornego powiększenia cienia obserwatora - projekcja naturalnej wielkości cienia obserwatora na tle oddalonych gór sprawia, iż wydaje się on powiększony. Jest jeszcze gloria, czyli świetlista aureola powstająca na zasadzie tęczy. Po raz pierwszy Widmo opisał Johann Esaias Silberschlag w 1780 r. Nazwa zjawiska podchodzi od szczytu Brocken w górach Harz, gdzie ze względu na warunki pogodowe występuje ono stosunkowo często.

Miesiąc po Fagaraszy postanowiłem zrealizować marzenie i pojechać na Matterhorn. Tylko i aż - tygodniowy wypad z prostym i jasnym celem. Czym jest Matterhorn dla górzysty, objaśniać górzystom nie trzeba (nie - górzyści mogą sprawdzić w źródłach). A że pogoda na samotnie stojących górach bywa kapryśna - jest wytłumaczalne, naukowo stwierdzone i faktami z życia poparte. Była połowa września, w mgłę wkroczyliśmy tuż pod szczytem. Potem mgła opadła. I znów je zobaczyliśmy (Blacha też był na Moldoveanu). Piękne było. Jeszcze ładniejsze i bardziej wyraźne niż w Rumunii.

I jeszcze bardziej wyraźny niż wtedy był nasz strach. Niekoniecznie przed Widmem samym w sobie. Fizyczność i podniebna przyziemność Hoernli Grat niesie ze sobą wystarczająco dużo wyzwań. Spadające kamienie są już przysłowiową atrakcją na tej popularnej grani prowadzącej na jeden z najlepiej rozpoznawalnych szczytów na świecie.

To było zejście, którego nie lubię wspominać. Zdaje się, że właśnie wtedy zaczęła działać samospełniająca się przepowiednia. To termin psychologiczny. Innymi słowy: "wmówienie sobie". Na przykład uwierzenie w przynoszącego pecha czarnego kota.

Czy sceptycyzm i niedowiarstwo mają swoje granice? Czy gdzieś tam zaczyna się wiara w nadprzyrodzone? Czy po prostu psychologia to wielka nauka i mózg bawi się z nami w "uwierz w ducha"? Nie wiem, ale jednego jestem pewien - nawet najbardziej spektakularnie rozbite lustro nie robi takiego wrażenia jak Widmo Brockenu na grani Matterhornu w dzień, kiedy zaczyna się zima, mgła osiada na skałach w postaci lodu, robi się jeszcze bardziej ślisko niż przed kilkoma godzinami a w pamięci pojawiają się oglądane gdzieś kiedyś ryciny pierwszego zdobywcy Matterhornu Anglika Edwarda Whympera. Przy zejściu zginęło czterech wspinaczy - pozostali przy życiu Whymper i dwaj Taugwalderowie tego samego dnia 14 lipca 1865 zobaczyli Widmo - tym razem jako wielkie koło z trzema sylwetkami jak trzema krzyżami wewnątrz.

Podobno legendę w Widmie zaczął rozpowszechniać w 1925 roku Jan Alfred Szczepański - jako wymyśloną przez siebie. A może zaczęło się od Whympera i Matterhornu? Kto wie?

Nam też udało się zejść - po nieplanowanym noclegu w schronie Solvay w połowie grani Hoernli. Nie robiliśmy zdjęć Widma - atmosfera przy zejściu jawiła się jak wyścig z Panią Zimą pod hasłem "Kto przeżyje wolnym będzie, kto umiera, wolnym już". Zdążyliśmy bez strat w ludziach na szczęście. Pięknie było, bosko - mistycznie, niewątpliwie magicznie… Nie zapomnę widoku własnego Widma na Matterhornie - i widoku Widma z dołu - bo będąc już w chmurze poniżej obserwowaliśmy ludzi, którzy akurat w tym momencie też patrzyli na swoje Widmo. Niesamowite.

Międzywojenny taternik Wiesław Stanisławski napisał: "Tak - stwierdzam niemal głośno - jestem otoczony tłumem niewidzialnych wrogów i przyjaciół. Myśl ta pracuje w ciszy ścian i żlebów, stwarza straszliwe koło złud. Idę w nim przez urwisko jak w aureoli z Widma Brockenu. Wyzwoliłem się z przesądów, ale - to jednak dobrze, że już je widziałem więcej niż trzy razy."

Przez osiem lat chodziłem po górach z dwoma Widmami w indeksie. Góry, wraz z przybywaniem doświadczenia i nade wszystko gotówki stawały się coraz wyższe, bardziej oddalone od domu. Wreszcie przyszedł czas na Gruzję i Kazbek - ponad pięciotysięczny wygasły wulkan na Kaukazie. Kolejna z serii mitycznych gór, to do niej, według przekazów, przykuty był Prometeusz i tam właśnie przylatywał głodny wątroby sęp. Tam wchodziłem samotnie, szybko i pewnie.

Po śladach do góry. Stromo, czasami głęboki śnieg. I wtedy zobaczyłem je po raz trzeci. Jak zwykle było bosko - mistyczne, niewątpliwie magiczne.

Mózg ma wielką siłę. Nie chodziło o to, czy naprawdę jest niebezpiecznie - zresztą w górach wysokich to pojęcie samoistnie staje się bardzo płynne, by nie rzec: śliskie. Mózg kazał mi się zastanawiać nad Widmem. Nie pamiętałem - czy trzeci raz to dobry czy zły znak? I to było - paradoksalnie - najważniejszą w tamtej chwili kwestią. Po prostu nie pamiętałem. Pech czy szczęście? To nie była choroba wysokościowa, miałem aklimatyzację jeszcze z Himalajów, byłem w pełni świadom, ba, prowadziłem quasi - naukową obserwację uczestniczącą. Przez około godzinę patrzyłem na własne odbicie w chmurach, pchając się na górę, bardzo uważnie stawiając kroki i zastanawiając się, czy jednak aby nie jestem przesądny.

Samospełniająca się przepowiednia na ten dzień brzmiała: trzy Widma Brockenu to zły znak. Dlaczego za każdym razem pojawiają się, gdy sytuacja jest mocno napięta? Czy to reguła? Zły znak… Uwierzyłem w to i pojawił się strach. Niemożliwość rozwiania obaw żartem w dobrym towarzystwie też robi swoje. Naprawdę poczułem ulgę gdy wdrapałem się na szczyt. A po chwili zdałem sobie sprawę, że to nie ten, to jeszcze nie wierzchołek Kazbeku. Ktoś wytyczył ścieżkę na szczyt obok. Sceptyk naprawdę zaczął wierzyć w złe fatum. Co prawda Widmo już zniknęło, ale jego obraz wciąż fruwał lotem koszącym po podświadomości.

Musiałem zejść na przełęcz, dopiero potem szczyt. Wreszcie szybkie zejście - do obozu oczywiście. Ulga. Świadomość to potęga. Szkoda, że dopiero po powrocie do Polski wyczytałem, że ujrzenie Widma po raz trzeci odczynia urok. Ba, jest gwarantem wszelkiej pomyślności w górach. Ciekawe, czy gdybym wiedział, miałbym o włos mniej natężoną uwagę?

Ciekawe. I piękne. Widmo jest naprawdę bosko - mistyczne, niewątpliwie magiczne, choć tylko optyczno - fizyczne. Jest takie hiszpańskie przysłowie: "borron y cuenta nueva" - dosłownie: "wymazane i rachunek leci od nowa". Mam nadzieję, że w przypadku Widma Brockenu obowiązuje raczej "wszelka pomyślność w górach". Tego się będę trzymał. Taka jest moja przepowiednia. Samospełniająca.


Autorem tekstu jest: Grzegorz Żak

Tagi: Alpy góry Rumunia Karpaty Południowe Fagarasza Moldoveanu Brocken Matterhorn choroba wysokościowa Widmo Brockenu

Data publikacji: 2007-12-30 | Liczba wyświetleń: 4950