Wyprawa do Maroko

Kuchnia to pierwszy powód do odwiedzin Maroka pachnącego kminem.

Maroko, pustynia Sahara
fot. Seqoya/shutterstock.com

Moje Maroko to pomarańczowy kolor budynków, ziemi, skał i (nomen omen) - pomarańczy, hałas na ulicach i placach targowych i zapach kminu, w Polsce zwanego rzymskim. To najpopularniejsza przyprawa tego regionu, zawierająca w swojej korzennej woni wszystko to, co możemy nazwać egzotyką. Kuchnia to pierwszy powód do odwiedzin pomarańczowego kraju pachnącego kminem.

Kus - Kus i tajine, czyli dwa filary tutejszej gastronomii to tylko wierzchołek góry pełnej łakoci - swoją drogą te potrawy wyglądają jak góry. Góra ugotowanej na parze pszennej kaszy, przesiąkniętej zapachem warzyw i jeden kawałek mięsa na szczycie - nagroda dla najbardziej wytrwałego zjadacza regionalnych potraw. To ciekawe, że cała potrawa delikatnie pachnie kurczakiem, a tak naprawdę na skrzydełko pod koniec konsumpcji mało kto ma już ochotę. Może dlatego ludzie są tu tacy szczupli? Wystarcza im Kus - Kus z apetytem? Do tego obowiązkowo zielona bardzo słodka herbata z miętą. I pełne aromatycznych przypraw (kardamon, imbir, cynamon) ciasto. A na śniadanie omlet z kminem. Albo zupa z kminem.

Tak, po kilku tygodniach w Maroku miałem dość kminu. Zatęskniłem za czas jakiś. Dobrze, że drogą kupna nabyłem w Marrakeszu zapas drogocennego proszku.

Do Maroka najłatwiej dolecieć turystycznym czarterem kierującym się do najpopularniejszego kurortu nad Atlantykiem - Agadiru. A potem hulaj dusza, piekła nie ma - nie potrzebujemy wiz i chociaż urzędnicy na lotnisku mogą zadawać kłopotliwe pytania typu: "gdzie będziecie nocować?" i nie przekona ich do końca odpowiedź: "mamy namiot", to są to przeszkody stanowiące tylko o folklorze granicznym danego regionu.

Moja podróż na dobre zaczęła się w Marrakeszu, gdzie mnie i moją dziewczynę przygarnęli mili studenci. Marrakesz… Samo brzmienie tego słowa jest jak zapach kminu - egzotyka pełną gębą i olbrzymi targ Jamaal El - Fna, na którym można dostać wszystko, a jeśli nie można, to trzeba chwilkę poczekać, zaraz dowiozą.

Z Marrakeszu ruszyliśmy w góry Atlas, w celu wypełnienia misji, a raczej zaspokojenia kaprysu, jakim dla mnie osobiście stało się wchodzenie na najwyższe góry w niemal wszystkich odwiedzanych krajach. Jabaal Toubkal ma 4165 m npm i nie jest szczególnie wymagającą dla wspinaczy górą. Ogarnięci chęcią odwdzięczenia się za gościnę w Marrakeszu zaproponowaliśmy naszym arabskim gospodarzom wycieczkę w góry z doświadczonymi przewodnikami. Czyli z nami? Oczywiście, że tak. To było atrakcją samą w sobie - bo nasi koledzy po raz pierwszy w życiu widzieli śnieg. A ja po raz pierwszy w życiu widziałem kogoś, kto miał na sobie cztery pary spodni na raz i w dodatku nie cierpiał z powodu zbytniego przegrzania.

W Atlasie Wysokim mieszkają Berberowie, potomkowie barbarzyńskich plemion, które przemieszczały się przez całą Europę gnane żądzą podboju i osiedlenia się w przyjemniejszym na starość miejscu niż zimne lasy Północy. Berberowie do dziś mówią językiem nieco przypominającym języki ludów germańskich, ich barbarzyńskich przodków. A zamieszkują w osiedlach zwanych Kazbah.

Kazbah to pomarańczowo gliniany gródek na wzgórzu, otoczony murem, pełen ciasnych uliczek pachnących kminem. Przejechaliśmy przez Atlas i ruszyliśmy dalej na południe. Do Aid Ben Haddou, najpiękniejszej kazbah, jaką dane mi było widzieć. To tu kręcili afrykańskie sceny "Gladiatora" z Russellem Crowe. To tu miałem ochotę zostać na dłużej i napisać książkę. Cisza, spokój, kwitnące migdałowce.

Są takie miejsca na ziemi. Spędziliśmy tam kilka dni, jedną noc grając w zamkniętym sklepie muzykę z miejscowymi. Bębny, grzechotki, gitary, uud. Poezja zaklęta w dźwiękach czyli uniwersalny język wszechświata. Jak ktoś powiedział: "bez muzyki nie ma fazy". W Aid Ben Haddou to powiedzenie zostało odwrócone: "bez fazy nie ma muzyki". Jedno wino pite ukradkiem przez kilku Arabów miało smak prawdziwych zakazanych owoców. Muzułmanom przecież nie wolno. Za to całkiem legalnie powietrze wypełniał rozkoszny zapach palonego wszem i wobec haszyszu.

Na koniec jeszcze Sahara i spełnienie marzenia - noc na wydmach największej pustyni świata. Na własną rękę, z namiotem i własnym zapasem wody. Ale nawet tam znaleźli nas wszędobylscy (jak widać) pachnący kminem handlarze. Trzeba było trochę pohandlować. Jedna rada w tym temacie: jedna szesnasta proponowanej ceny to rozsądny początek negocjacji. I warto się jej trzymać do końca - jest duża szansa, że handlarz się zgodzi. Zwłaszcza, gdy zacznie się wychodzić już na początku targowania. Zaraz po tym, jak powie, że ogląda polską telewizję i pochwali się znajomością kilku słów po polsku.


Autorem tekstu jest: Grzegorz Żak

Tagi: wyprawa Maroko podróż Marrakesz góry Atlas Jabaal Toubkal Berberowie Sahara

Data publikacji: 2007-12-04 | Liczba wyświetleń: 3606